Tematem dnia była świeżutka profesjonalna lustrzanka Canona – EOS-1D X, która trafi do sprzedaży wiosną przyszłego roku. Nie zamierzam tutaj jednak pisać o szczegółach specyfikacji technicznej. Po to odsyłam do mojego wpisu w Aktualnościach na Digitalu: http://dfv.pl/wiadomosci/articles/10279.html. Zamiast tego pozwolę sobie odrobinę pofantazjować.

Canon EOS-1D X
Canon EOS-1D X jest skrzyżowaniem dwóch „jedynek”, czyli zaawansowanych lustrzanek dla zawodowców: EOS-1D i EOS-1Ds. Korpusy z serii 1D kierowane są do fotoreporterów, dla których kluczowy jest sprawny autofokus i wydajny tryb seryjny, a mniejsze znaczenie ma duża rozdzielczość uzyskiwanego obrazu. Dotychczasowe modele EOS-1D oferowały niepełnoklatkowe przetworniki obrazu APS-H z mnożnikiem ogniskowej 1,3× o rozdzielczości do 16 megapikseli (w ostatnim korpusie oznaczonym Mark IV). Seria EOS-1Ds to urządzenia o konstrukcji zbliżonej do 1D, ale z pewnymi zmianami, wyraźnie definiującymi innego docelowego użytkownika tych aparatów. Zamiast matrycy APS-H do dyspozycji pozostaje pełnoklatkowy sensor 24×36 mm (a zatem z mnożnikiem 1×) o bardzo dużej rozdzielczości – do 21 megapikseli w ostatnim modelu Mark III. Wprowadzenie większej matrycy o większej rozdzielczości, w porównaniu do korpusu 1D tej samej generacji, odbywało się pewnym kosztem: zmniejszeniem wydajności seryjnego trybu fotografowania. Z tego względu EOS-y 1Ds znajdywały powodzenie wśród portrecistów, fotografów ślubnych, pejzażystów i specjalistów od zdjęć reklamowych.

Canon EOS-1D X
Nowy EOS-1D X wprowadza pewne zamieszanie do tak ustalonego porządku. Korpus wyposażony został w pełnoklatkową matrycę o rozdzielczości 18 megapikseli. W porównaniu do wcześniejszych modeli 1D otrzymaliśmy aparat z większym sensorem (a przy okazji format APS-H został wreszcie uśmiercony) i lepszą rozdzielczością zapisywanych zdjęć. Jeżeli odnieść „iksa” do serii 1Ds, tracimy odrobinę na rozdzielczości (efektywnie około 3 megapikseli), ale za to zyskujemy znacznie w trybie seryjnym (12 kl./s zamiast „zaledwie” 5 kl./s). Przy okazji aparat zaopatrzono w nowe procesory, nowy układ autofokusu, nowy układ pomiaru światła i cały szereg mniejszych lub większych modyfikacji, za sprawą których EOS-1D X rzeczywiście ma szansę być najdoskonalszym z dotychczas zaprojektowanych EOS-ów.

Canon EOS-1D X
Kluczowa w tym wszystkim jest sugestia producenta, że od tej pory do dyspozycji będzie tylko jeden – a nie jak dotychczas dwa – flagowy korpus EOS. Taka deklaracja wydaje się w równym stopniu odważna, co nieprawdziwa.
Fotografowie, kupujący lustrzanki z najwyższej półki, zwracają uwagę na dwa główne aspekty: rozdzielczość obrazu i tryb seryjny. Poza osobami, które nie kupują takich korpusów do pracy, entuzjastami sprzętu fotograficznego i innymi specyficznymi grupami odbiorców, dla wszystkich pozostałych nabywców praktyczne znaczenie będzie miał tylko jeden z wymienionych czynników. Reporterzy wybiorą model z szybszym trybem seryjnym, a wszelkiej maści fotografowie studyjni i krajobrazowi sięgną po większą rozdzielczość (ze względu na możliwość odwzorowania większej liczby szczegółów na wydrukach wielkoformatowych). Taki podział uzasadniał do tej pory obecność dwóch serii produktów profesjonalnych zarówno u Canona, jak i u Nikona, czyli głównego konkurenta na tym polu.

Canon EOS-1D X
Nic nie wskazuje na to, by potrzeby klientów miały się w najbliższym czasie zmienić. O ile 18-megapikselowa matryca 1D X wydaje się złotym środkiem na ten moment, nie należy mieć wątpliwości, że wyścig na megapiksele ustanie. Przeciwnie – czytając wypowiedzi, jakie pojawiają się w komentarzach i na forach po dzisiejszej premierze Canona, można być pewnym, że będzie istniał popyt na aparat profesjonalny, oferujący większą rozdzielczość nawet kosztem szybkostrzelności. Dodatkowymi czynnikami pozostają możliwe działania konkurencji, która jeszcze nie zdążyła odpowiedzieć na nowego EOS-a. Jeżeli wierzyć plotkom, w przyszłym tygodniu Nikon planuje pokazać korpus z pełnoklatkowym czujnikiem o rozdzielczości 36 megapikseli – dwukrotnie większej niż w EOS-1D X! Raczej trudno sobie wyobrazić sytuację, w której Canon poddałby się bez walki. Szczególnie, że nabywcy z grona zawodowców raczej nie mają sentymentów jeżeli chodzi o wybór najlepszego sprzętu do realizacji zadania i są skłonni błyskawicznie zmienić jeden system na inny.

Canon EOS-1D X
Jeśli miałbym zgadywać, to sądzę, że Canon będzie pracował nad modelem, który roboczo nazwę EOS-1Ds X. Taki aparat zachowywałby większość właściwości 1D X, ale wyposażony byłby w matrycę o rozdzielczości 30–40 megapikseli – wystarczającą do konkurowania ze spodziewanymi 36 megapikselami Nikona. Lustrzanka mogłaby zostać zaprezentowana we wrześniu przyszłego roku podczas targów Photokina jako nowy model flagowy Canona. Niecałe 12 miesięcy do tej prawdopodobnej premiery to dość czasu by dopracować oprogramowanie wewnętrzne, sterujące wszystkimi komponentami wewnętrznymi (warto pamiętać, że „iks” ma praktycznie w całości zmienioną elektronikę względem wcześniejszych „jedynek”), oraz zadbać o wysokiej jakości obraz z kilkudziesięciomegapikselowego przetwornika z gęsto upakowanymi fotodiodami.
A co poza „iksami”? Warto zwrócić uwagę na rozkład cen poszczególnych korpusów. Dotychczasowy model EOS-1Ds Mark III miał sugerowaną cenę 8 tysięcy dolarów, a EOS-1D Mark IV kosztował 5 tysięcy dolarów. Półprofesjonalna lustrzanka EOS 5D Mark II z pełnoklatkową matrycą o rozdzielczości 21 megapikseli kosztuje 2500 dolarów. Wprowadzenie EOS-1D X w sugerowanej cenie 6800 dolarów powoduje usunięcie z pola modelu 1D Mark IV i sprawia, że pomiędzy tym a kolejnym niższym modelem 5D Mark II powstaje spora luka cenowa. Wiadomo, że „piątka” jest na rynku ponad trzy lata i najprawdopodobniej zostanie w ciągu najbliższych miesięcy zastąpiona nowym modelem. Jeżeli wziąć pod uwagę, że równorzędny dla 5D Mark II model z niższej półki EOS 50D został zastąpiony przez dwa aparaty: prostszy EOS 60D i bardziej zaawansowany EOS 7D, można przypuszczać, że podobny manewr zostanie zastosowany względem samej „piątki”. Na pewno jest miejsce na korpus z pełnoklatkowym sensorem, autofokusem usprawnionym na miarę 7D i trybem seryjnym 7-8 kl./s, ale w mniejszej i lżejszej obudowie niż 1D X. Mógłby to być mityczny już model EOS 3D w cenie około 4 tysięcy dolarów. Na półce cenowej 2500 dolarów najpewniej pozostanie kolejne wcielenie EOS 5D Mark III z nowym kilkupolowym autofokusem ze wszystkimi punktami krzyżowymi i trybem seryjnym 4-5 kl./s.
Tyle wróżenia z fusów. Dzisiejsza premiera wyraźnie zmieniła rozkład akcentów w sprzęcie Canona – nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni. Trudno jednak nazywać tę zmianę rewolucyjną. Chodzi raczej o konsekwentne dostosowanie produktów do rzeczywistości, w której istnieje coraz mniej powodów do zmiany starszego sprzętu na nowszy. EOS-1D X jest takim modelem: może skusić ulepszonym autofokusem, rozbudowanymi możliwościami w zakresie filmowania czy pełnoklatkową matrycą (zwłaszcza dotychczasowych użytkowników korpusów z serii 1D, których format APS-H zwyczajnie w świecie „uwierał”). Jak aparat sprawdzi się w praktyce, przekonamy się za kilka miesięcy, kiedy pojawią się pierwsze testy tego urządzenia.